Czwarty Świat.
Ostatni świat do którego trafiliśmy przywitał nas nieprzeniknioną ciemnością i koszmarnym zimnem.
Po chwili zorientowaliśmy się, że znajdujemy się w lodowym tunelu, przez który przepływa solanka.
Niestety nie znaleźliśmy żadnych informacji o podobnej planecie w zgromadzonych opracowaniach.
Po kilkuset metrach napotkaliśmy pierwszą przeszkodę, tunel został zablokowany przez lodową narośl.
Na szczęście oprócz zimowych ubrań zabraliśmy ze sobą solidny zapas materiałów wybuchowych. Brunon, nasz technik, na szczęście nie trzymał zbyt długo urazy za ekstra zabiegi na Heberonie i podłożył ładunki w taki sposób, żeby nie pogrzebać nas żywcem i odblokować tunel.
Odpłynęliśmy pod portal z którego przybyliśmy, w prawdzie z tego co sprawdzaliśmy na Hyperionie, podróż możliwa jest tylko w jedną stronę przez konkretny portal, ale pewnie pozwoliło nam to zaprzeczyć klaustrofobicznemu poczuciu, że nie ma dokąd uciec.
Zamknęliśmy oczy...
HUK..
Żyjemy!
Udało się, zator zlikwidowany możemy płynąć dalej. Oczywiście żadnego śladu bo statku, więc myśleliśmy, że szybko przepłyniemy dalej, ale naszą uwagę przykuły wykute w skale schody i tunel do którego prowadziły Przycumowaliśmy łódź i poszliśmy sprawdzić, co to za miejsce. Znaleźliśmy ślady po wypalonym ognisku, oraz plamy krwi. Stark z Le Bonem postanowili sprawdzić dokąd prowadzi tunel, Kowalsky z Brunonem zostali przy łodzi.
W tunelu na pierwszy rzut oka nie znaleźliśmy nic wartego uwagi, za to zobaczyliśmy jak w oddali rozdziela się na dwie odnogi, możliwe, że znajduje się tam cały system tuneli, nie mieliśmy czasu żeby je badać, postanowiliśmy wrócić na łódź i płynąć dalej. Właśnie wtedy usłyszeliśmy dochodzący z jednej z odnóg głos, "Nie ruszać się." Le Bon odbezpieczył broń, Walter ufał bardziej swoim zdolnościom negocjacyjnym niż broni, więc odwrócił się w stronę nieznajomych z przyjaznym uśmiechem.
Okazało się, że przed dwoma odkrywcami stało kilku karłów, którzy wyglądem najbardziej zbliżeni byli do Eskimosów, podejście Waltera zadziałało i obeszło się bez rozlewu krwi.
Niestety z używanej na Hyperionie odmiany angielskiego potrafili sklecić tylko kilka niegramatycznych równoważników zdań. Nauczył ich jej, ktoś kogo nazywali pustelnikiem. Nalegali, żebyśmy się z nim spotkali, podejrzewaliśmy, że będzie to na przykład właściciel statku kosmicznego, który ugrzęzł w lodowcu. Niestety podekscytowani spotkaniem, zapomnieliśmy się skontaktować z pozostałą częścią drużyny. Próbowaliśmy dogadać się jak daleko jest pustelnik, w odpowiedzi uzyskaliśmy wyciągnięte w naszą stronę 4 palce. Jako, że maszerowaliśmy tunelami już 2 godziny, a nowi znajomi zaczęli rozpalać ognisko i się posilać spytaliśmy ile z czterech już minęło - wyciągnięty jeden palec. Uradziliśmy, że nasz odpowiednik dwóch godzin, to u nich jedna jednostka miary czasu. Szybko decyzja, wracamy przekazujemy, że nie będzie nas około jednej doby i wracamy na spotkanie z pustelnikiem. Miniaturowi Eskimosi nie chcieli nas odprowadzić do towarzyszy, woleli poczekać tłumacząc coś o lodowych stworach. Ruszając we dwójkę szybko przekonaliśmy się co mieli na myśli. Z jednej ze ścian, prosto z lodu, wyskoczył na nas porośnięty futrem ponad dwumetrowy potwór. Na szczęście refleks Le Bona nie zawiódł i kosztem tylko kilku zadrapań ustrzelił potwora. Dotarliśmy do Kowalskyego i Brunona, niestety komunikacja nie była naszą najmocniejszą stronę. Postanowiłem zwalić to na fakt, że w rzeczywistości zbliżała się godzina 23:00, był środek tygodnia, każdy po pracy itd. itp. ;). W każdym razie nasze postacie, uzgodniły tylko, że spotykają się za kilkanaście godzin, bez wyjaśnienia, o co chodzi. Nie napastowani przez lodowe potwory ruszyliśmy do kurdupli i dalej ku pustelnikowi. Szybko okazało się, że nasi towarzysze liczyli postoje i rozpalane ogniska, a nie konkretne odstępy czasu, więc po 8 godzinach, szef Eskimosów zgiął dopiero drugi palec.
Zmęczeni i zirytowani postanowiliśmy, że drugi raz się nie cofamy i ryzykujemy dalszą podróż w nieznane.
Szybka przewijka MG i po dwóch dniach dotarliśmy do zatopionego w lodzie miasta, a nasi towarzysze muszą podjąć decyzję czy czekają na nas dalej, czy ruszają nas szukać, oczywiście bez pomocy tubylców ledwo co znoszą arktyczne mrozy i jeżeli czegoś szybko nie wymyślą czeka ich zamarznięcie.
Uff udało się zrelacjonować wszystko co do tej pory rozegraliśmy skończyliśmy, muszę zastanowić siew jakiej formie pisać te zapisy sesji, żeby osiągnąć optimum między ilością tekstu i nasyceniem konkretami. Za nim udało mi się to wszystko spisać rozegraliśmy już pierwszą sesję z trzech, przerywnika o którym pisałem wcześniej. Dziś na piszę tylko, że wszystkim się podobało i jestem bardzo zadowolony, nie długo wrzucę wpis w pełni temu poświęcony!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tetyda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tetyda. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 15 czerwca 2014
piątek, 13 czerwca 2014
Z nurtem Tetydy cz.2
Dzisiaj zaległy opis sesji z Hyperiona.
Drugi świat.
Relaksujące kołysanie, zaraz po przekroczeniu portalu, zmieniło się w niebezpieczne podskoki na rwącym nurcie górskiej rzeki. Na szczęście tym razem nikt nie wypadł za burtę i po kilku niebezpiecznie bliskich spotkaniach ze skałami udało nam się wypłynąć bez żadnego uszczerbku z wąwozu na spokojniejszą cześć rzeki. Za sterem stał oczywiście niezastąpiony Walter Stark, po powrocie w bardziej cywilizowane rejony będzie musiał sobie sprawić kapitańską czapkę ;).
Postanowiliśmy rozbić obóz, odpocząć i dopiero wtedy rozpocząć poszukiwania coraz bardziej mitycznego statku kosmicznego. Niestety okazało się, że Brunon nie czuje się najlepiej po nieplanowanej kąpieli, gorączka i dreszcze zwaliły go z nóg, zaległ majacząc na dnie łodzi.
Reszta drużyny nie zrażona, trzymając jedynie większy dystans od dziobu, gdzie leżał Brunon, kontynuowała poszukiwania gwiazdolotu, oraz próbowała zorientować się na jakiej planecie się znaleźli. Ani jedno ani drugie nie powiodło się, więc bez żalu wpłynęliśmy w kolejny portal.
Trzeci świat.
Aj, waj, dalej nie ma śladów statku kosmicznego. Ale radio wyłapuje listę przebojów w jidysz. Witajcie na planecie Heberon, nowej ziemi obiecanej Izrealitów. Nie mogę oprzeć się tu przed małą wstawką, która nasunęła mi się gdy tylko usłyszałem, gdzie wylądowaliśmy ;) :
Kowalsky pilotując drona poinformował nas, że zmierzamy w stronę nie dużego miasta, ale nigdzie ani śladu ludzi.
Nie odkryliśmy śladów walk czy gorączkowej ewakuacji, mimo to miasto wyglądało jakby mieszkańcy oderwali się od codziennych zajęć i opuścili planetę. Udało nam się połączyć z jeszcze działająca tutejszą wersją Internetu, wszystkie wpisy i aktualizacje z przed dwóch tygodni i żadnego logicznego wyjaśnienia zniknięcia, jak się okazuje całej populacji Heberonu. Stan Brunona pogarszał się, to przeważyło o decyzji wkroczenia do miasta i poszukania szpitalu. Na nasze szczęście za złotych czasów Tetydy, Heberon był odpowiednikiem sanatorium, chorzy z całej skolonizowanej galaktyki, jeśli było ich na to stać, przybywali ratować swoje zdrowie. Znalazł się szpital a w nim medboty, od których zaczęła się cała impreza.
Wpakowaliśmy do jednego technika i zaczęliśmy zabawę z ustawieniami. Oczywiście Le Bon nie mógł przepuścić takiej okazji i Brunon miał się obudzić za 12 godzin w pełni zdrów (zaraził się morskim pierwotniakiem pasożytującym na latających tuńczykach) i z gratisową parą dorodnych piersi ;).
Przeznaczyliśmy ten czas na plądrowanie opuszczonego miasta i zbadanie dziwnego wypalonego w trawie kręgu. Bogatsi o kilka sakiewek wypełnionych kamieniami szlachetnymi, niestety nie zdołaliśmy zrozumieć, co wypaliło znak na ziemi, ani czy ma on związek z wyparowaniem mieszkańców Heberonu.
Brunon obudził się, można powiedzieć, że przyjął na klatę niespodziankę (generalnie sesja upłynęła pod znakiem podobnych sucharów o żydach i cyckach ;) ). Na szczęście obeszło się bez PvP między graczami, kolejne dwie godziny i pożegnaliśmy się z cycuszkami Brunona ruszając w stronę kolejnego portalu.
Na dzisiaj tyle i tak znów wyszedł przydługi post, w kolejnym opiszę ostatni świat, który udało nam się odwiedzić przed wakacjami MG.
Drugi świat.
Relaksujące kołysanie, zaraz po przekroczeniu portalu, zmieniło się w niebezpieczne podskoki na rwącym nurcie górskiej rzeki. Na szczęście tym razem nikt nie wypadł za burtę i po kilku niebezpiecznie bliskich spotkaniach ze skałami udało nam się wypłynąć bez żadnego uszczerbku z wąwozu na spokojniejszą cześć rzeki. Za sterem stał oczywiście niezastąpiony Walter Stark, po powrocie w bardziej cywilizowane rejony będzie musiał sobie sprawić kapitańską czapkę ;).
Postanowiliśmy rozbić obóz, odpocząć i dopiero wtedy rozpocząć poszukiwania coraz bardziej mitycznego statku kosmicznego. Niestety okazało się, że Brunon nie czuje się najlepiej po nieplanowanej kąpieli, gorączka i dreszcze zwaliły go z nóg, zaległ majacząc na dnie łodzi.
Reszta drużyny nie zrażona, trzymając jedynie większy dystans od dziobu, gdzie leżał Brunon, kontynuowała poszukiwania gwiazdolotu, oraz próbowała zorientować się na jakiej planecie się znaleźli. Ani jedno ani drugie nie powiodło się, więc bez żalu wpłynęliśmy w kolejny portal.
Trzeci świat.
Aj, waj, dalej nie ma śladów statku kosmicznego. Ale radio wyłapuje listę przebojów w jidysz. Witajcie na planecie Heberon, nowej ziemi obiecanej Izrealitów. Nie mogę oprzeć się tu przed małą wstawką, która nasunęła mi się gdy tylko usłyszałem, gdzie wylądowaliśmy ;) :
Nie odkryliśmy śladów walk czy gorączkowej ewakuacji, mimo to miasto wyglądało jakby mieszkańcy oderwali się od codziennych zajęć i opuścili planetę. Udało nam się połączyć z jeszcze działająca tutejszą wersją Internetu, wszystkie wpisy i aktualizacje z przed dwóch tygodni i żadnego logicznego wyjaśnienia zniknięcia, jak się okazuje całej populacji Heberonu. Stan Brunona pogarszał się, to przeważyło o decyzji wkroczenia do miasta i poszukania szpitalu. Na nasze szczęście za złotych czasów Tetydy, Heberon był odpowiednikiem sanatorium, chorzy z całej skolonizowanej galaktyki, jeśli było ich na to stać, przybywali ratować swoje zdrowie. Znalazł się szpital a w nim medboty, od których zaczęła się cała impreza.
Wpakowaliśmy do jednego technika i zaczęliśmy zabawę z ustawieniami. Oczywiście Le Bon nie mógł przepuścić takiej okazji i Brunon miał się obudzić za 12 godzin w pełni zdrów (zaraził się morskim pierwotniakiem pasożytującym na latających tuńczykach) i z gratisową parą dorodnych piersi ;).
Przeznaczyliśmy ten czas na plądrowanie opuszczonego miasta i zbadanie dziwnego wypalonego w trawie kręgu. Bogatsi o kilka sakiewek wypełnionych kamieniami szlachetnymi, niestety nie zdołaliśmy zrozumieć, co wypaliło znak na ziemi, ani czy ma on związek z wyparowaniem mieszkańców Heberonu.
Brunon obudził się, można powiedzieć, że przyjął na klatę niespodziankę (generalnie sesja upłynęła pod znakiem podobnych sucharów o żydach i cyckach ;) ). Na szczęście obeszło się bez PvP między graczami, kolejne dwie godziny i pożegnaliśmy się z cycuszkami Brunona ruszając w stronę kolejnego portalu.
Na dzisiaj tyle i tak znów wyszedł przydługi post, w kolejnym opiszę ostatni świat, który udało nam się odwiedzić przed wakacjami MG.
niedziela, 8 czerwca 2014
Z nurtem Tetydy cz.1
Jak pisałem w poprzednim poście dotyczącym kampanii Hyperion, nasza drużyna przygotowała się do podróży międzyplanetarnymi portalami, które razem tworzą Tetydę, atrakcję turystyczną z czasów kiedy podróże międzygwiezdne były równie łatwe jak dziś wypad do baru za rogiem.
W przebraniu wojskowych przewieźliśmy łódź pontonową w obszar działań wojennych. Kontakty Waltera i jego urok osobisty okazał się nieoceniony przy punktach kontrolnych, dzięki czemu obyło się bez komplikacji. Na Hyperionie Tetyda przepływała przez górską grotę, tak że przeniesienie całego sprzętu kosztowało nas wszystkich sporo wysiłku. Na dodatek okazało się, że przy wyładowanej do oporu sprzętem elektronicznym (w tym dron szpiegowski!), kombinezonami HAZMAT, i całą masą broni i amunicji łodzi, nie wzięliśmy niczego czym moglibyśmy ją załatać. Ograbiliśmy wojskową ciężarówkę ze sprzętu do łatania opon i ruszyliśmy w nieznane.
Pierwszy świat.
Wypłynęliśmy na przestwór oceanu, wbrew klasykowi bynajmniej nie suchego. Z jaskini trafiliśmy prosto na środek oceanu, okazało się że rzeka to bardzo umowna nazwa. Przeszukując wcześniej zdobyte wiadomości na temat Tetydy zorientowaliśmy się na jakim świecie jesteśmy, oraz że jego główną atrakcją są kilkudziesięciometrowe węże morskie...
Po chwili jeden przetoczył swe cielsko niedaleko łodzi, na szczęście okazał się nie zainteresowany grupką turystów.
W przebraniu wojskowych przewieźliśmy łódź pontonową w obszar działań wojennych. Kontakty Waltera i jego urok osobisty okazał się nieoceniony przy punktach kontrolnych, dzięki czemu obyło się bez komplikacji. Na Hyperionie Tetyda przepływała przez górską grotę, tak że przeniesienie całego sprzętu kosztowało nas wszystkich sporo wysiłku. Na dodatek okazało się, że przy wyładowanej do oporu sprzętem elektronicznym (w tym dron szpiegowski!), kombinezonami HAZMAT, i całą masą broni i amunicji łodzi, nie wzięliśmy niczego czym moglibyśmy ją załatać. Ograbiliśmy wojskową ciężarówkę ze sprzętu do łatania opon i ruszyliśmy w nieznane.
Pierwszy świat.
Wypłynęliśmy na przestwór oceanu, wbrew klasykowi bynajmniej nie suchego. Z jaskini trafiliśmy prosto na środek oceanu, okazało się że rzeka to bardzo umowna nazwa. Przeszukując wcześniej zdobyte wiadomości na temat Tetydy zorientowaliśmy się na jakim świecie jesteśmy, oraz że jego główną atrakcją są kilkudziesięciometrowe węże morskie...
Po chwili jeden przetoczył swe cielsko niedaleko łodzi, na szczęście okazał się nie zainteresowany grupką turystów.
Zagrożenie przyszło z zupełnie innej strony, kiedy już uspokoiliśmy się, że jednak potwory z głębin dały nam spokój okazało się, że zbliża się ku nam ławica ogromnych latających ryb. Niestety nie udało się wyprowadzić łodzi z trasy przelotu i Brunon (nasz świeży nabytek, technik) trafiony jedną z ryb wylądował w wodzie, po chwili w jego śladu poszedł Black. Szybka akcja ratownicza i znowu płyniemy do celu. Nie najlepszy start, ale z drugiej strony nikt nie został ranny, a łódź nadal w jednym kawałku.
Black na radarze wypatrzył jakąś metalową konstrukcję, Kowalsky który cały wolny czas spędzał przy konsoli, teraz mógł wykorzystać ten talent do obsługi drona. Konstrukcja okazała się platformą zamieszkałą przez uzbrojonych ludzi, którzy strzegli klatek pełnych gigantycznych rozgwiazd. Jeszcze na Hyperionie, mieliśmy do czynienia z osobą, która miała podobną przyrośniętą do piersi. Facet ożył po tym jak dostał kulkę prosto między oczy, tak że może nie mamy medbota, ale za to znaleźliśmy hodowlę biologicznej wersji backupu.
Doszliśmy do wniosku, kontakt będzie dla nas zbyt niebezpieczny i postanowiliśmy się przekraść do kolejnego portalu. Oznaczało to wyłączenie silnika i kilka godzin nużącego wiosłowania. Z pomocą przyszli nam nasi niedawni znajomi, okazało się, że rozgwiazdy to przysmak latających tuńczyków. Przy odgłosach broni maszynowej prującej do ławicy ryb, spokojnie udaliśmy się na kolejną planetę.
Jako, że opis pierwszego wyszedł przydługawy resztę opiszę w kolejnej notce, do tej pory udało nam się zbadać jeszcze trzy światy i tak, nadal żadnego śladu statku!
Black na radarze wypatrzył jakąś metalową konstrukcję, Kowalsky który cały wolny czas spędzał przy konsoli, teraz mógł wykorzystać ten talent do obsługi drona. Konstrukcja okazała się platformą zamieszkałą przez uzbrojonych ludzi, którzy strzegli klatek pełnych gigantycznych rozgwiazd. Jeszcze na Hyperionie, mieliśmy do czynienia z osobą, która miała podobną przyrośniętą do piersi. Facet ożył po tym jak dostał kulkę prosto między oczy, tak że może nie mamy medbota, ale za to znaleźliśmy hodowlę biologicznej wersji backupu.
Doszliśmy do wniosku, kontakt będzie dla nas zbyt niebezpieczny i postanowiliśmy się przekraść do kolejnego portalu. Oznaczało to wyłączenie silnika i kilka godzin nużącego wiosłowania. Z pomocą przyszli nam nasi niedawni znajomi, okazało się, że rozgwiazdy to przysmak latających tuńczyków. Przy odgłosach broni maszynowej prującej do ławicy ryb, spokojnie udaliśmy się na kolejną planetę.
Jako, że opis pierwszego wyszedł przydługawy resztę opiszę w kolejnej notce, do tej pory udało nam się zbadać jeszcze trzy światy i tak, nadal żadnego śladu statku!
Subskrybuj:
Posty (Atom)